Słów kilka..

Nie pisałam nic przez prawie miesiąc.

Był to dla mnie dość ciężki czas, głównie ze względu na zwyczajowo już chorą sytuację na uczelni w okolicach świąt wszelakich (czego chcemy? zaliczeń! kiedy? najlepiej od razu – wszystkie jednego dnia!). Dodając do tego szał przedświątecznych zakupów i deficyt snu wychodzi mieszanka, która powoduje, że człowiek ma ochotę przestać istnieć.

Ale do rzeczy, wszak to tylko szczyt góry lodowej :) Skoro zarywa się noc na wyprodukowanie prezentacji na pediatrię, to można poświęcić godzinkę na machnięcie notki! Problem w tym, że ilekroć wchodzę na tego bloga – chce mi się wymiotować.

Obiecałam, że jak tylko zacznie się nauka, spróbuję coś zrobić z szablonem. Niestety się nie da, cokolwiek bym nie robiła, wciąż wygląda jak kupa. I jak tysiące innych blogów. Nijak nie jest mój, a jedyne, co go łączy z wordpressem, to czyjeś omamy po pijaku..

Jęczałam również, że nie chcę tracić 9 lat moich wypocin, Waszych komentarzy i wpisów do księgi gości. Odwiedzanie archiwum jest jak grzebanie po pamiętniku, którego nigdy nie prowadziłam sumiennie, a który pokazuję, jak zawiłą drogę przechodzi człowiek w okresie dojrzewania :D Zdecydowałam jednak zmienić piaskownicę.

Od dziś będę pisać na blogspocie. 1) Mogę edytować kod html – ten argument załatwia właściwie wszystkie moje problemy, z którymi borykam się tutaj. 2) Strona ładuje się kilka sekund – tu strona ładuje się kilka lat.. 3) Notki wyświetlają się zaraz po ich publikacji – tu wyświetlają się pewnie w zależności od układu planet. 4) Jeśli piszę z prośbą o pomoc, dostaję odpowiedź – tu jeśli piszę cokolwiek do Redakcji, zostaję olana. 5) Jest grudzień i na blogspocie pada mi śnieg – tu nie spadnie nigdy, chyba, że wyniosę komputer na balkon i nadstawię ekran.

Natomiast szanownej Redakcji Blog.pl życzę dalszych sukcesów w utracie wieloletnich użytkowników. Nie łudźcie się, że ludzie nie będą odchodzić – będą, bo to, co zrobiliście z najlepszą w Polsce platformą blogową jest co najmniej żenujące.

Tymczasem zapraszam tutaj:
http://natiksidletalk.blogspot.com/
Będzie się działo!

Natik

50 shades.. boring

Skończyłam! Wszystkie 3 części wypocin E.L. James. Teraz zasłużenie mogę wyrazić swoją opinie o tej sadze..

(źródło: http://www.novafm.com.au/gallery/reading-50-shades-grey-public)


Od czego by tu zacząć? Język? Charakterystyka postaci? Sceny erotyczne? Może okładki książek? Tak, okładki, to definitywnie jedyna nie spaprana rzecz. Kolejno – krawat, maska i kajdanki, których odpowiedniki znajdziemy dryfujące na kartach książek – niesamowicie ułatwia to pisanie tej notki, ilekroć potrzebuje odświeżyć jakąś scenę, wiem gdzie szukać. Poza tym, okładki wyglądają schludnie, zachęcają do sięgnięcia po książkę, o ile oczywiście sięgam po oryginały, bo jak widzę nasze polskie tłumaczenie, to mną trzepie :)

Pięćdziesiąt twarzy Greya? Mhm.. Ciemniejsza strona Greya? No już szybciej. Drżę na myśl o tłumaczeniu Fifty shades freed.. Ja rozumiem, że każdemu wydawcy zależy na szybkim puszczeniu tłumaczenia w obieg, ale na boga! niech najpierw książkę przeczyta ktoś ogarnięty, bo pewnie nawet Anastasia Steele zauważyłaby, że fraza 50 shades of grey ma więcej znaczeń, niż tylko twarz – choćby traktując nazwisko Krystiana jako kolor jego oczu (tak na marginesie), które zmieniały swój odcień wraz ze wzrostem jego apetytu na seks. O, przepraszam, zmianą nastroju. Zwierzając się Czytelnikowi ze swojego oburzenia, ustaliliśmy, że odpowiedniejsze byłoby użycie słowa oblicze. Pięćdziesiąt oblicz Greya, no jak to brzmi :)

Mam też przeczucie, że polski przekład spokojnie porównać można do miazgi słownej, którą otrzymujemy przy użyciu Tłumacza Google – skoro Rany Julek dla kogoś ma tę samą wartość, co Jeez (w skrócie Jezus) albo Holy shit, to ja się nie dziwie, że ta powieść uważana jest za gniot dekady. Co nie znaczy oczywiście, że oryginał powala na kolana, oj nie, ciężko stwierdzić nawet, że jest na poziomie. Taki tam słowotok naszpikowany trudnymi słowami. Autorka zadbała jednak, by pozyskany podczas lektury pierwszej części zasób słów wystarczył już do końca, powtarzając wciąż i na nowo te same epitety (jakby jej się Thesaurus zawiesił..). W moim odczuciu hitem są opisy orgazmów – ona generalnie kończy wybuchowo, intensywnie, rozpada się na milion kawałków itp., a jego dochodzenie autorka kwituje słowami: as he finds his release. Ciekawe, czy ktoś policzył, ile razy padają te słowa? Niebezpiecznie zbliżyłam się do tematu scen łóżkowych. Będę jednak cierpliwa i opowiem Wam o nich później ;]

Bowiem istotniejsza jest krótka charakterystyka postaci (za którą z pewnością otrzymałabym niedostateczny w szkole podstawowej!). Anastasia Steele, jak sama trafnie się podsumowała, jest zwykłą, nieciekawą dziewczyną, kończy właśnie wyższą edukację i w wyniku zbiegu okoliczności spotyka na swej drodze Christiana Grey’a – kilka lat starszego, kosmicznie bogatego biznesmena, o mrocznych praktykach seksualnych, będących wynikiem ciężkiego dzieciństwa. Wspomniałam, że równie przystojnego, co bogatego? Ponieważ gusta Brytyjek i Polek są nieco odmienne, więc w mojej wyobraźni wykreował się nieco inny obraz Grey’a – uświadomiłam to sobie, czytając na Pudlu, że ktoś chce zaangażować Beibera do roli Krystiana w ekranizacji (a jak!) tej cudownej powieści..

No dobra, niech będzie seks – palce mnie świerzbią. Nasz pornobestseller, jak to określa Wprost (Porno z lukrem, Wprost nr 36, 3-9 września 2012) dość mocno ocieka erotyką. Z początku spokojnie (wszak Anastasia dziewictwa pozbawiona została!), potem z coraz większą częstotliwością i pomysłowością, nasi bohaterowie realizują fantazje pani James. I o ile podczas lektury pierwszej części jedynie sceptycznie czytałam te kwieciste opisy aktów prawie reprodukcyjnych, tak przy trzeciej miałam już dość. Dość czytania o seksie. I już nawet nie chodzi o przesadną jego ilość – po prostu miałam okazję czytać lepsze erotyki. Jak zatem ten gniot wzbogacił życie erotyczne tak wielu gospodyń!?

Pewnie chodzi o BDSM. I tu muszę podziękować autorce za dokładny opis pokoju zabaw Grey’a – ślęczałam z pół godziny nad słownikiem tłumacząc te wszystkie pejcze, liny, zatyczki do tyłka i inne gadżety. Pomyślałam sobie nawet, że Anastasia nie będzie miała z nim lekko :D Jednak okazało się, że pani James miała litość i oprócz opasek na oczy, wiązania rąk i nóg oraz mojej ulubionej sceny z pierwszym spraniem jej tyłka, właściwie nic kontrowersyjnego się nie działo. A może gospodynie nie wiedziały, że tak można urozmaicać swoje igraszki?

Ciekawi mnie, jak długo będzie trwał boom na Greya. Ostatnie tygodnie, gdy notka ta leżała i czekała na moje łaskawe Opublikuj pokazały, że Polacy (Polki?) chyba mniej zachłysnęli się wizją ciekawego życia wg E.L.James, bo okładki książek zniknęły z przystanków tramwajowych i billboardów, podobnie jak czytające je dziewczęta. Swoją drogą, cudownie trolluje się takie osoby, gdy podnosząc wzrok znad książki, spotykają twój, mówiący: wiem, co czytasz, niegrzeczna dziewczynko! taak, masz prawo się czerwienić ;p Obstawiam, że za pół roku/rok doczekamy się ekranizacji pierwszej części (pierwszej części pierwszego tomu, wszak nie wyobrażam sobie, by Hollywood nie nakręcił co najmniej 9 części!!), potem kolejnych i tak do czasu, gdy ktoś nie napisze kolejnego bestsellera inspirowanego bogatym życiem seksualnym Brytyjczyków.

(źródło: http://bestmoviesevernews.com/signs-that-your-mom-is-reading-fifty-shades-of-grey/ ciężkie tipsy ;p)